Monday, 5 September 2011

Spoczywajcie w Pokoju....

Ostatnim czasem nasze akwarium przezywalo gorsze tygodnie. Zaczelo sie od tego, kiedy jedna z naszych neonek zaginela gdzies w otchlaniach naszego akwarium. Szukalem jej wszelkimi sposobami, i jak sie na koncu okazalo na prozno. Nasza rybka umarla smiercia naturalna i, niestety, zachwiala ekosystem w naszym akwarium. To byl poczatek naszych zmartwien. Pozniej musialem usunac wszelkie rosliny w akwarium, gdyz osad (nie wiadomego pochodzenia) zaczal sie okladac na lisciach sprawiajac, iz akwarium wygladalo naprawde zle. Kilka dni po tej operacji, odeszla nasza kochana krewetka. Pysia sie bardzo z nia zzyla, szczegolnie jej szybki sposob przebierania konczynami. Mielismy ja pochowac, ale nie zdarzylismy jej wylowic i zostala zjedzona przez slimaki...
W kazdym badz razie, od smierci krewetki minelo dobre 2 miesiace kiedy znowu stala sie tragedia. Zostaly nam cztery rybki: trzy kiryski (karolek, pizmak i panda) oraz jeden neonek. Wszystko wygladalo dobrze, po wyczyszczeniu calego akwarium (m.in. podloza) osad sie juz nie zbieral. Z Pysia zdecydowalismy, ze rybki sie z nami nie przeprowadza, ale to nie szkodzi, bysmy wtedy przyjezdzali co dwa tygodnie wymieniac im wode. Aczkolwiek, jakies 3 dni temu, o 2 nad ranem zobaczylem bardzo dziwne zachowanie karolka i pandy. Strasznie chaotycznie plywali przy tafli wody. Jako ze te ryby naleza do rzedu labiryntowych, moge one oddychac powietrzem atmosferycznym. I to wiec robily. Lykaly powietrze jak spragniony wody. Wtedy podjalem probe ratowania naszych rybek (wiedzialem, ze smierc Karolka strasznie zaafektuje Patrycje). Zaczelem wymiec wode (ale nie cala), wlaczylem napowietrzanie na cala pare. Nic to nie dalo. Ryby caly czas plywaly chaotycznie. Neonka tylko tonia wodna rzucala na lewo i prawo. Nie majac juz pomyslow co zrobic dalej, postanowilem dac szanse naturze i poszedlem spac, majac nadzieje, ze rano bede mogl nakarmic nasze rybki.

Tak niestety sie nie stalo.

Nasze rybki zmarly.

Z niewiadomych przyczyn (brak tlenu w wodzie??)

R.I.P

Sunday, 4 September 2011

Buffy:Wyniki

Z radoscia oglaszam, ze wyniki Buffy wykazaly, ze guzek to tylko niegrozny tluszczak, ktory nie musi byc wycinany....Tak wiec wszelakie zle prognozy odnoszace sie zdrowia mojej labradorki nie nawiedzaja juz mojego umyslu...Oczywiscie nigdy nie moze byc za dobrze, tak wiec Buffy zmaga sie teraz z mala choroba skory...Takie sa niestety efekty uboczne sterylizacji, aczkolwiek wypryski znikaja powoli z jej brzusia...Nie dzieje sie tak w przypadku kazedgo psa, ale moja czworonozna milocha ma szczescie do wybrykow zdrowia....Ona sama caly czas wypelnia nasz dom pogoda swojego zahartowanego ducha i nie pozwala nam nawet na chwile zapomniec jak niewatpliwie wyjatkowym psem jest...









  


Tuesday, 30 August 2011

Buffy: Sterylizacja itd....

Moja labradorka ma za soba cala mase 'krwawych' przygod...Jako szczeniak przeszla powazna infekcje nerek, nieco pozniej, kiedy przez rok byla pod opieka moich dziadkow zanim do nas przyjechala po odbyciu kwarantanny, samochod ja potracil i moj wiekowy juz dziadzio biegl z nia zakrwawiona na rekach przez kilka kilometrow prosto do weterynarza....Do dzisiaj nie wiem jakim cudem wykrzesal z siebie tyle silt...Oprocz tego ciaze urojone i rozne skaleczenia, sa u Buffy na porzadku dziennym...
Mimo swojej walecznej natury, dzielnego charakteru i dopisujacego dotychczas zdrowia, od mniej wiecej roku Buffy co tydzien laduje u weta...
Zaczelo sie od wrzodu na oku, ktory pojawil sie niespodziewanie i okazalo sie, ze powienien byc operowany...Dzien przed wizyta u weterynarza, gdzie mielismy przedyskutowac co dalej z owa operacja, znalazlam u Buffy guzka na piersi...Weterynarz zasegurowala, ze trzeba bedzie go wyciagac i najlepiej od razu suczke wysterylizowac, gdyz guz moze byc sprytnie sterowany przez hormony i jesli beda one wydzielane nieustannie, to wowczas guz bedzie mogl sie odrodzic...W dzien przed operacja , inna pani weterynarz znalazla u Buffy kolejnego guza na nodze, tak wiec w sadny dzien moj pies byl ciety w czterech miejscach....
Z rana zaprowadzilismy ja do kliniki,a nastapnie caly dzien drzalam czy wybudzi sie z narkozy, bo u zwierzat zawsze istnieje ryzyko, ze to jednak nie nastapi...Najbardziej jednak balam sie tego co bedzie potem.....Pod wieczor tato z Miloszem podjechali po Buffy, ktora krotko po tym wytloczyla sie (doslownie) z samochodu...Byla niesamowicie otumaniona lekami, gdyz operacja sie przedluzyla i uzyto wiekszej ilosci narkozy...Jej widok mnie flustrowal...Rozklejalam sie i bieglam do swojego pokoju aby plakac w samotnosci...Mimo wielu przerazajaych historii, jakich naczytalam sie i nasluchalam o sterylizacji, nie bylo najgorzej...Wet podarowal nam specjalnie jedzenie, do ktorego wkladalismy leki...Po czterech dniach Buffy juz sama smigala po schodach, a po trzech normanie wydalala...Po dwoch tygodniach wysnulo sie lekkie zakazenie, tak wiec potraktowalismy ja antybiotykami i przemywalismy rane specyfikiem zapisanym przez weta...Buffy dostala kolnierz, ktorego z calego serca, jak na prawdziwego psa przystalo, nienawidzila...Wyniki analizowanych wycinkow guzow wrocily i niestety jeden z nich okazal sie wytworem raka zlosliwego miesnia stopnia szostego...W pierwszej chwili rzecz jasna swiat mi sie zawalil i jednoczesnie poskladal na nowo, bo wiedzialam, ze w takich chwilach nie ma co rozpadach sie na kawalki...Dwa dni pozniej Buffy znowu byla badana...Pani poinformowala nas, ze wezly chlonne nie sa powiekszone, tak wiec prawdopodobnie nie ma przerzutow...Przeswietlenie wykazalo, ze pluca sa czyste...Wszystko ukladalo sie pomyslnie do ostatniego tygodnia, kiedy znalazlam kolejnego guza...Czekamy na wyniki...Oby to byla niegrozna cysta...


Buffy tuz po operacji:


Jedno z ciec:


Udreka kolnierza:






Wolnosc, czyli kiedy kolnierz poszedl w odstawke:





Hodowla macznika mlynarka...

Do dzisiaj wyraznie pamietam jak podczas karmienia macznikow, Milosz dojrzal piekna poczwarke, ktora zdecydowanie wyrozniala sie na tle prezacych sie dzdzowniczek...Tak podekscytowalismy sie tym, ze weszlismy w posiadanie poczwarki, ze postanowilismy ja dochowac...Robaczek wyklul sie w dzien mojego pierwszego egzaminu maturalnego....
Tak zaczela sie przygoda z nasza prywatna hodowla macznikow....Obecnie hodujemy je nie tylko na pokarm dla gekona, ale rowniez dla przyjemnosci...Moja postawa w stosunku do tych stworzonek zmienila sie diametralnie...Z 'ale one sa obrzydliwe' do 'ale one sa niesamowite' ....Ekscytuje sie ich sila i pieknem transformacji...Z niepozornej dzdzowniczki, ktora potrafi sie tak dzielnie prezyc sie w szczypcach, ze czesto w ten sposob toruje sobie ucieczke spowrotem do pudelka, powstaje bialo-kremowy robaczek, ktory po kilku dniach zmienia kolor na czarny badz ciemno brazowy.....

Tak to sie zaczyna:


Etap poczwarki: Kiedy dzdzownica przeksztalca sie w poczwarke automatcyznie zabieramy ja z pudelka i przenosimy do pustego pudelka bez zadnego substratu, gdzie moze sie spokojnie wykluc...Jezeli pozostawimy ja wsrod braci i siostr moze dojsc do kanibalizmu...





Wyklucie: W momencie kiedy poczwarki zaczynaja byc ruchliwe, mozna je przeniesc do pudelka,gdzie chce sie trzymac hodowle...Takiego pudelko wypelnia sie 1cm substratem, ktory wykonuje sie z maki i platkow owsianych...Nastepnie mozna postawic w srodku wytlaczanki do jajek, aby maczniki mogly sie chowac i wedrowac ...


Zmiana koloru: Poczatkowo kremowy macznik zmienia kolor na ciemny braz, a potem czern...


Kilka zdjec naszej hodowlii:





Nasze pierwsze 'dziecko', czyli pierwsza dzdzowniczka, ktora wydobyla sie z jajka zlozonego w substracie z maki przez nasze wyklute maczniki...Jedna samica moze zlozyc do 100 jajek...



Gekon Vito: Pokarm

Vito ostatnio przeksztalcil sie ostatnio w tadka-niejadka....Poczatkowo wpadlismy w prawidziwa panike...Bylismy swiecie przekonani, ze niejedzacy gekon to juz prawdziwa tragedia(Nie mylic glodkowki przed wylinka z utrata apetytyu wogole!)....Zaczelismy wiec serwowac mu rozne robaki na zmiane...Od szaranczy, swierszczy, macznikow po grubasne mole woskowe...Molkiem nie pogardzil, ale z nimi nie mozna przesadzac, bo sa tluste i moga gekona zatkac...Takowe zatwardzenie natomiast wiedzie do o wiele powazniejszych problemow...Tak wiec nadal nie znalezlismy perfekcyjnego rozwiazania....Serfujac po internecie czy czerpiac porade z naszego terrarystycznego sklepu, napotkalismy na naszej drodze swiatelko w tunelu...A mianowicie poradzono nam aby gekona wykapac...Oczywiscie trzeba to robic z glowa, w letniej wodzie, monitorujac czy nasz podopieczny dobrze sie czuje...Owa kapiel nie byla przelomem i Vito nadal kreci nosem na szarancze, maczniki i swierszcze...Choc przyznam, ze je troche czesciej...
Przy nastepnej kapieli zrobie kilka zdjec, a poki co:


Skoczki, ktore mu podajemy:





Macznik :









Ucieczka z Alkatraz....

Oglaszam wszem i wobec- nie przeceniajace zdolnosci waszych szynszyli! Do zgrabnej ucieczki naszym kulka wystarczyla zaledwie lekko niedomknieta klatka, ktora byla zasluga mojej mamy, ktora podczas naszej weekendowej nieobecnosci dogladala naszego zwierzynca....Bobek z Luna nie czekali ani chwili i  z zainteresowaniem pozegnali swoje lokum aby potem spladrowac moj pokoj....Kiedy tato na drugi dzien zawital w moje progi aby zorientowac sie dlaczego tak donosnie halasuja, odkryl ich zgrabna ucieczke...Robiac meksyk z moim pokoju, schwytal zbiegow i tym razem upewnil sie, ze wszystko jest domkniete...Wyrwalo mu to troche czasu, bo nie ma praktyki w ich lapaniu i nie wiedzial, ze nasze szynszyle najlatwiej zlapac poprzez przystawienie im rury, do ktorej chetnie sie wtlaczaja...Kulki przez 12 godzin zwiedzaly moje cztery sciany, podgryzajac rzeczy to tu to tam....Najbardziej szkoda bylo mi kilku ksiazek, ktorym ogdryzly po kawalku......Ze tez musialy dobrac sie do Janusza Wisniewskiego! Trudno jednak bylo im tego nie wybaczyc, skoro caly incident wynikl z niedopatrzenia mamy...A wiadomo, ze natura szynszyli jest gryzienie wszystkiego co napotkaja na swojej drodze...Tak wiec ostrzegam - jak juz uciekna, nie beda siedzialy grzecznie w kacie pokoju!






Saturday, 20 August 2011

Modliszka:Pusty Kokon

Pandora nie przestaje mnie zadziwiac...W momencie kiedy prezentowalam ja siostrze Milosza, odkryla przede mna swoj skarb, czyli kokon, ktory uwila na szczycie galazki...
Nie chce sie przechwalac, ale naprawde czulam, ze to nadchodzi...Mialam takie samo naturalne przeczucie jak to, ktore odczuwalam, kiedy bylam prawie pewna, ze Pandora bedzie miala wylinke chociaz nie mialam pojecia jak modliszka zachowuje sie przed wylinka, w trakcie i po niej...
Jednak tym razem to nie po jej zachowaniu zorientowalam sie, ze cos moze sie wydarzyc, ale po jej wygladzie...Jej odlok byl bowiem ekstremalnie  MASYWNY...Przez chwile nawet martwilam sie, ze peknie, bo byc moze ja przekarmilam...Wowczas jednak rozsadek podpowiedzial mi, ze przeciez caly czas karmie ja tak samo jak zawsze....Przemknelo mi przez mysl, ze moze Pandzia chce wykonac kokonek, ale nie moglam byc tego pewna...I tutaj taka niespodzianka!!! Oczywiscie kokon zawiera puste jajeczka, bo nie dopuscilam do mojej modliszki samca, tak wiec zaplodnienie nie mialo miejsca....
W zwiazku z tym wydarzeniem musze przyznac sie, ze ciesze sie ze zdecydowalam sie na te modliszke, a nie inna, bo jest naprawde dobrym gatunkiem na poczatek, na ktorym mozna sie swietnie nauczyc jak opiekowac sie takim owadem...
Ponizej zdjecia kokonu....